"Jezu ufam tobie od dziecięcych lat, Jezu ufam Tobie choćby zwątpił świat..."

"O życie szare i monotonne, ile w Tobie skarbów. Żadna godzina nie jest podobna do siebie, a więc szarzyzna i monotonia znikają, kiedy patrzę na wszystko okiem wiary..." (Dz. 62)

niedziela, 28 lutego 2010

"Serce człowieka nieustannie błądzi..."

Dzisiejsze kazanie na Gorzkich Żalach dało mi trochę do myślenia...
Ksiądz nawiązał do dzisiejszej Ewangelii. Mówił o lęku Apostołów, o tym, że my każdego dnia jesteśmy tymi lękającymi się Apostołami... Niestety to prawda, ciągle lękamy się całym sercem uwierzyć i zawierzyć się w ręce Boga. Przez ten lęk "serce człowieka nieustannie błądzi" szukając za wszelką cenę cudu, a nie potrafi dostrzec go tam, gdzie jest na prawdę... Często dzieje się tak, ponieważ nie dostrzegamy rzeczy na pozór małych w swoim życiu, często Bóg objawia nam się poprzez drugiego człowieka i to jest właśnie ten cud, którego czasem nie chcemy zobaczyć... Odniosłam też to do swojego życia, ciągle czegoś szukam, czegoś mi brak, a nie potrafię rozejrzeć się dookoła siebie. Przecież Bóg przemawia do nas w małych rzeczach, a my ciągle pozostajemy ślepi... Dotychczas Bóg postawił na mojej drodze tak wspaniałych ludzi, tak wiele mi dał, a ja często tego nie potrafię docenić i zaczynam szukać szczęści gdzie indziej, odrzucając to, co daje mi Pan... Czy tak naprawdę, kiedy szukam "na własną rękę", jestem szczęśliwa? Dziś wiem, że nie. Kiedy cofnęłam się w myślach wstecz zobaczyłam, że do czasu, gdy nie zaufałam bezgranicznie Bogu, nie byłam szczęśliwa, to wszystko to były błędne uczucia... Na siłę szukałam pocieszenia, wsparcia tam, gdzie go nie było. W ostatnim czasie dostałam wielkie szczęście- odnalazłam swoją drogę i drugiego człowieka... Jednak aby trwać w tym szczęściu, muszę też dać coś od siebie i wykazać się zaangażowaniem. Wiem, że jest na mojej drodze ktoś, kogo Bóg wybrał, aby przez jego obecność nieustannie być przy mnie... :) Radości, którą mam w sercu nie są w stanie wyrazić żadne słowa... :):):)

sobota, 27 lutego 2010

Moja DROGA ZAUFANIA

Tak w wielkim skrócie...
W moim życie nieustannie od 5 lat widzę i czuję działanie mojego najwspanialszego Przyjaciela.
Dlaczego tylko od 5 lat? Ponieważ wcześniej nie był zbyt wierzącą osobą, chodziłam do kościoła, bo "tak wypadało", ale wszystko się zmieniło kiedy poznałam pewnego chłopaka... Przez niego zbliżyłam się do Boga i tak trwaliśmy razem przy Nim przez ponad 2 lata. Później nasze drogi się rozeszły i wtedy tak naprawdę zaczęłam powoli zakochiwać się w Panu... Już po pierwszych rekolekcjach u Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, które miały służyć mojemu wewnętrznemu wyciszeniu i dojściu do siebie po rozstaniu, zyskałam nowego Przyjaciela, którego od tamtego czasu całym sercem kocham :) Właśnie od tamtych rekolekcji Pan działa w moim życiu "jak szalony"... Każdego dnia czuję Jego obecność, pomimo tak licznych moich upadków... No więc... najpierw za wszelką cenę dążyłam do tego, żeby poświęcić się życiu zakonnemu i ciągle myślałam, że On też tego chce, ale z upływem czasu i kolejnych rekolekcji dawał mi widoczne znaki, że mam się poświęcić drugiemu człowiekowi, ale nie w zakonie, tylko w normalnych życiu... A jak na uparta osobę przystało odrzucałam taką opcję, twierdził, że albo zakon, albo nic... Także Pan ma ciężko ze mną ;) W końcu powiedziałam: "Ok, nie chcesz mnie w zakonie, to daj konkretny znak co, gdzie i jak." No i dostałam konkretną odpowiedź, kiedy to rok temu na MiFeZi (Misyjnych feriach Zimowych) u oo. Kombonianów w Krakowie chodziliśmy odwiedzać ludzi w Domu Pomocy Społecznej... Tam od pierwszych chwil coś we mnie drgnęło, czułam, że mam niesłychaną siłę w sobie mimo tego, że strasznie bałam się tam iść... Ale wtedy poczułam, że to jest to, to, czego On ode mnie chce, że mam poświęcić się dla takich ludzi- chorych, cierpiących i samotnych... I tak po wakacjach u naszych ojców i kolejnych wyjściach do DPS-u Pan podsunął mi "pod nos" studia na kierunku Nauki o rodzinie, które mają mnie przygotować m.in do takiej pracy. Szczęścia jakie czułam nie da opisać się słowami... Od razu powiedziałam: "Tak, to jest to!" I póki co dążę do tego, aby zacząć te studia, co z tego wyjdzie? Zobaczymy.
Jednak mimo wszystko z serca nie odeszła myśl o życiu zakonnym... Ale Pan jest bardziej uparty niż ja i na tegorocznych MiFeZi dawał mi ewidentne znaki, że "nie chce" mnie mieć w zakonie, ale chce mnie jako matkę i  żonę... Tym razem nie próbowałam nawet się sprzeciwiać, tylko od razu się zgodziłam, bo zawierzyłam swoje życie w Jego ręce i zaufałam. Wiem, że Chce dla mnie jak najlepiej, tak, jak prawdziwy Przyjaciel :)
No to jestem :)
Zainspirowana innymi blogami, stwierdziłam, że też spróbuję...
Zobaczymy co mi z tego wyjdzie, na początek chciałabym podzielić się swoimi dotychczasowymi przeżyciami na mojej DRODZE ZAUFANIA... :)