Dzisiejsze kazanie na Gorzkich Żalach dało mi trochę do myślenia...
Ksiądz nawiązał do dzisiejszej Ewangelii. Mówił o lęku Apostołów, o tym, że my każdego dnia jesteśmy tymi lękającymi się Apostołami... Niestety to prawda, ciągle lękamy się całym sercem uwierzyć i zawierzyć się w ręce Boga. Przez ten lęk "serce człowieka nieustannie błądzi" szukając za wszelką cenę cudu, a nie potrafi dostrzec go tam, gdzie jest na prawdę... Często dzieje się tak, ponieważ nie dostrzegamy rzeczy na pozór małych w swoim życiu, często Bóg objawia nam się poprzez drugiego człowieka i to jest właśnie ten cud, którego czasem nie chcemy zobaczyć... Odniosłam też to do swojego życia, ciągle czegoś szukam, czegoś mi brak, a nie potrafię rozejrzeć się dookoła siebie. Przecież Bóg przemawia do nas w małych rzeczach, a my ciągle pozostajemy ślepi... Dotychczas Bóg postawił na mojej drodze tak wspaniałych ludzi, tak wiele mi dał, a ja często tego nie potrafię docenić i zaczynam szukać szczęści gdzie indziej, odrzucając to, co daje mi Pan... Czy tak naprawdę, kiedy szukam "na własną rękę", jestem szczęśliwa? Dziś wiem, że nie. Kiedy cofnęłam się w myślach wstecz zobaczyłam, że do czasu, gdy nie zaufałam bezgranicznie Bogu, nie byłam szczęśliwa, to wszystko to były błędne uczucia... Na siłę szukałam pocieszenia, wsparcia tam, gdzie go nie było. W ostatnim czasie dostałam wielkie szczęście- odnalazłam swoją drogę i drugiego człowieka... Jednak aby trwać w tym szczęściu, muszę też dać coś od siebie i wykazać się zaangażowaniem. Wiem, że jest na mojej drodze ktoś, kogo Bóg wybrał, aby przez jego obecność nieustannie być przy mnie... :) Radości, którą mam w sercu nie są w stanie wyrazić żadne słowa... :):):)
niedziela, 28 lutego 2010
sobota, 27 lutego 2010
Moja DROGA ZAUFANIA
Tak w wielkim skrócie...
W moim życie nieustannie od 5 lat widzę i czuję działanie mojego najwspanialszego Przyjaciela.
Dlaczego tylko od 5 lat? Ponieważ wcześniej nie był zbyt wierzącą osobą, chodziłam do kościoła, bo "tak wypadało", ale wszystko się zmieniło kiedy poznałam pewnego chłopaka... Przez niego zbliżyłam się do Boga i tak trwaliśmy razem przy Nim przez ponad 2 lata. Później nasze drogi się rozeszły i wtedy tak naprawdę zaczęłam powoli zakochiwać się w Panu... Już po pierwszych rekolekcjach u Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, które miały służyć mojemu wewnętrznemu wyciszeniu i dojściu do siebie po rozstaniu, zyskałam nowego Przyjaciela, którego od tamtego czasu całym sercem kocham :) Właśnie od tamtych rekolekcji Pan działa w moim życiu "jak szalony"... Każdego dnia czuję Jego obecność, pomimo tak licznych moich upadków... No więc... najpierw za wszelką cenę dążyłam do tego, żeby poświęcić się życiu zakonnemu i ciągle myślałam, że On też tego chce, ale z upływem czasu i kolejnych rekolekcji dawał mi widoczne znaki, że mam się poświęcić drugiemu człowiekowi, ale nie w zakonie, tylko w normalnych życiu... A jak na uparta osobę przystało odrzucałam taką opcję, twierdził, że albo zakon, albo nic... Także Pan ma ciężko ze mną ;) W końcu powiedziałam: "Ok, nie chcesz mnie w zakonie, to daj konkretny znak co, gdzie i jak." No i dostałam konkretną odpowiedź, kiedy to rok temu na MiFeZi (Misyjnych feriach Zimowych) u oo. Kombonianów w Krakowie chodziliśmy odwiedzać ludzi w Domu Pomocy Społecznej... Tam od pierwszych chwil coś we mnie drgnęło, czułam, że mam niesłychaną siłę w sobie mimo tego, że strasznie bałam się tam iść... Ale wtedy poczułam, że to jest to, to, czego On ode mnie chce, że mam poświęcić się dla takich ludzi- chorych, cierpiących i samotnych... I tak po wakacjach u naszych ojców i kolejnych wyjściach do DPS-u Pan podsunął mi "pod nos" studia na kierunku Nauki o rodzinie, które mają mnie przygotować m.in do takiej pracy. Szczęścia jakie czułam nie da opisać się słowami... Od razu powiedziałam: "Tak, to jest to!" I póki co dążę do tego, aby zacząć te studia, co z tego wyjdzie? Zobaczymy.
Jednak mimo wszystko z serca nie odeszła myśl o życiu zakonnym... Ale Pan jest bardziej uparty niż ja i na tegorocznych MiFeZi dawał mi ewidentne znaki, że "nie chce" mnie mieć w zakonie, ale chce mnie jako matkę i żonę... Tym razem nie próbowałam nawet się sprzeciwiać, tylko od razu się zgodziłam, bo zawierzyłam swoje życie w Jego ręce i zaufałam. Wiem, że Chce dla mnie jak najlepiej, tak, jak prawdziwy Przyjaciel :)
W moim życie nieustannie od 5 lat widzę i czuję działanie mojego najwspanialszego Przyjaciela.
Dlaczego tylko od 5 lat? Ponieważ wcześniej nie był zbyt wierzącą osobą, chodziłam do kościoła, bo "tak wypadało", ale wszystko się zmieniło kiedy poznałam pewnego chłopaka... Przez niego zbliżyłam się do Boga i tak trwaliśmy razem przy Nim przez ponad 2 lata. Później nasze drogi się rozeszły i wtedy tak naprawdę zaczęłam powoli zakochiwać się w Panu... Już po pierwszych rekolekcjach u Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, które miały służyć mojemu wewnętrznemu wyciszeniu i dojściu do siebie po rozstaniu, zyskałam nowego Przyjaciela, którego od tamtego czasu całym sercem kocham :) Właśnie od tamtych rekolekcji Pan działa w moim życiu "jak szalony"... Każdego dnia czuję Jego obecność, pomimo tak licznych moich upadków... No więc... najpierw za wszelką cenę dążyłam do tego, żeby poświęcić się życiu zakonnemu i ciągle myślałam, że On też tego chce, ale z upływem czasu i kolejnych rekolekcji dawał mi widoczne znaki, że mam się poświęcić drugiemu człowiekowi, ale nie w zakonie, tylko w normalnych życiu... A jak na uparta osobę przystało odrzucałam taką opcję, twierdził, że albo zakon, albo nic... Także Pan ma ciężko ze mną ;) W końcu powiedziałam: "Ok, nie chcesz mnie w zakonie, to daj konkretny znak co, gdzie i jak." No i dostałam konkretną odpowiedź, kiedy to rok temu na MiFeZi (Misyjnych feriach Zimowych) u oo. Kombonianów w Krakowie chodziliśmy odwiedzać ludzi w Domu Pomocy Społecznej... Tam od pierwszych chwil coś we mnie drgnęło, czułam, że mam niesłychaną siłę w sobie mimo tego, że strasznie bałam się tam iść... Ale wtedy poczułam, że to jest to, to, czego On ode mnie chce, że mam poświęcić się dla takich ludzi- chorych, cierpiących i samotnych... I tak po wakacjach u naszych ojców i kolejnych wyjściach do DPS-u Pan podsunął mi "pod nos" studia na kierunku Nauki o rodzinie, które mają mnie przygotować m.in do takiej pracy. Szczęścia jakie czułam nie da opisać się słowami... Od razu powiedziałam: "Tak, to jest to!" I póki co dążę do tego, aby zacząć te studia, co z tego wyjdzie? Zobaczymy.
Jednak mimo wszystko z serca nie odeszła myśl o życiu zakonnym... Ale Pan jest bardziej uparty niż ja i na tegorocznych MiFeZi dawał mi ewidentne znaki, że "nie chce" mnie mieć w zakonie, ale chce mnie jako matkę i żonę... Tym razem nie próbowałam nawet się sprzeciwiać, tylko od razu się zgodziłam, bo zawierzyłam swoje życie w Jego ręce i zaufałam. Wiem, że Chce dla mnie jak najlepiej, tak, jak prawdziwy Przyjaciel :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

